Snake Pass – recenzja quaza

Snake Pass – recenzja quaza


Wąż. Ten beznogi gad już od czasów Starego Testamentu nie cieszył się zbyt dobrym PijaRem. Mimo to przez lata próbowano nieco ocieplać wizerunek węża. Ot, chociażby na pewnych legendarnych telefonach wyświetlano fińską monodramę tragikomiczną o walce pewnego sympatycznego węża z jego autodestrukcyjnym, patologicznym łakomstwem. Temat niejednoznacznego, dualistycznego ukazania węża podejmował też znany, azjatycki reżyser Hideo FucKonami w swojej serii egzystencjalnych miniatur filmowych o stałym i płynnym stanie skupienia tego uwikłanego w post-zimnowojenny konflikt gada. A teraz tematem zainteresowali się brytyjczycy z Sumo Digital tworząc wypełniony czarnym humorem sitcom pod tytułem Snake Pass. Po naszemu oczywiście – Przepustka Sezo… Wężowa. Witajcie, nazywam się Tomek Drabik, znany także jako quaz, a to jest recenzja gry Snake Pass w wersji na PeCety Windowsowe. Gra wyszła też na Nintendo Switch, PlayStation 4 oraz Xboxa One. A tak na poważnie – jeśli zastanawiacie się czemu nagle robię materiał o jakiejś głupawej platformówce o wężu to robię to dlatego, że jest to tytuł dość interesujący. Myślałem, że będzie to krótki materiał spod znaku O Co Biega, ale raptem, po niecałych siedmiu godzinach, skończyłem grę, więc uznałem, iż to dobra okazja do zrobienia małej recenzji. Poza tym miło wreszcie zagrać dla odmiany w coś co nie przechodzi się ponad 40 albo 50 godzin. Snake Pass jest dziełem twórców z Sumo Digital – developerów, którzy mają na koncie pracę przy bardzo wielu grach, w tym przy trzeciej części Little Big Planet, ale większość z tych tytułów było właśnie takimi kontynuacjami, dodatkami albo pierdółkami robionymi na zlecenie właściciela jakiejś medialnej marki. Snake Pass jest tymczasem produkcją, którą wymyślili i zrobili całkiem sami, od początku do końca. Jest też grą na silniku Unreal, która miała jednoczesną premierę na komputery oraz konsole współczesnej generacji – w tym Nintendo Switch. I chociaż tutaj omawiam wersję PeCetową to całkiem interesująca jest wieść, iż silnik Unreal całkiem przyzwoicie skaluje się na potrzeby stacjonarno-przenośnego Switcha – to może być niezła wróżba na przyszłość jeśli chodzi o multiplatformowe produkowanie gier, które wyjdą także na nowy sprzęt Nintendo. Ale zajmijmy się samą grą. Snake Pass opowiada historię węża o imieniu Noodle – co może oznaczać zarówno makaron jak i głuptasa – oraz jego przyjaciela – niebieskiego koliberka. Sam fakt, że główny bohater nazywa ptaka swoim kumplem, a nie, na przykład, obiadem – pokazuje, iż mamy tu do czynienia z ocieplaniem wizerunku węży. Obydwaj przyjaciele żyją w magicznym świecie zawieszonych w powietrzu platform, po którym można podróżować poprzez zasilane klejnotami bramy. Oczywiście stało się coś złego, klejnoty zniknęły, bramy wyświetlają, że “we require more minerals”, więc naszemu protagadziście – czyli gadziemu protagoniście, hehe – nie pozostaje nic innego jak ruszyć w drogę przez kilkanaście poziomów pełnych, cóż, znajdziek i przepaści. Pod pewnymi względami Snake Pass jest bardzo klasyczną platformówką. Ot, przemierzamy poziomy starając się znaleźć trzy obowiązkowe klejnoty oraz inne nieobowiązkowe znajdźki – 20 baniek i zazwyczaj bardziej ukrytych 5 monet. Nie ma tu przeciwników, jedynym zagrożeniem są przepaście, kolce i okazjonalne rozżarzone węgle. Największym wrogiem gracza jest jego zręczność i… cóż, cierpliwość. Nietypowe w Snake Pass jest to, że jest to platformówka, w której zasadniczo nie skaczemy. Całość sterowana jest dość osobliwie przy pomocy fizyki i pewnych specyficznych zasad. Możemy grać klawiaturą oraz myszą i nawet jest to w miarę grywalne, ale jednak rzecz została zaprojektowana z myślą o padzie i lepiej posługiwać się tym właśnie kontrolerem. Jeden analog kontroluje kamerę, a drugi porusza głową węża. Dodatkowo mamy przycisk do unoszenia tej głowy do góry oraz, co przydaje się w zasadzie tylko w wodzie, opuszczania do dołu. No i jest przycisk gazu… tzn. poruszania się w kierunku wskazywanym przez głowę i jeszcze jeden do zwierania pośladów… no, zakleszczania się naszego gadziego herosa na obiektach – zasadniczo zwiększa to tarcie jego powłoki zewnętrznej przez co mniej się ona zsuwa z bambusów i krawędzi. Ach, i nasz koliberek może nam przytrzymać koniec ogona, aby zmniejszyć wagę bohatera kiedy ten próbuje się na coś wgramolić. Dość trudno jest wyjaśnić jak się tu porusza, bo gra, w pewnym uproszczeniu i przy nienaturalnie niskiej grawitacji, całkiem nieźle emuluje fizykę węża. Jeśli próbujemy sunąć na wprost będziemy sunąć w prędkością żółwia, ale jeśli zaczniemy zygzakować znacząco przyspieszymy. By wspinać się na obiekty musimy tak sterować wężowatym, aby owijał się dookoła tychże, bo inaczej się z nich zsunie. I tak oto zwieramy poślady, aby wyciągnąć szyję po jakiś obiekt, zygzakujemy po bambusach nad przepaściami, owijamy się dookoła dźwigni, aby je przełączyć, zwijamy w kłębek by wyżej wyrzucić cielsko, a wszystko to przy prostej, ale bardzo ładnej oprawie graficznej i przyjemnej muzyce, rodzącej skojarzenia z cukierkowymi platformówkami ery komputerów Amiga. I giniemy. Giniemy. Giniemy. Nie Was nie zmyli lukrowana oprawa audio-wizualna tej gry. Nie bez powodu jej bohaterem jest wąż symbolizujący szatana. Ta gra to piekło. Koszmar. Grając w nią przypomnicie sobie wulgaryzmy z języków, których nawet nie znacie. Od wydumanych, węgierskich peanów na cześć mroku, aż po gniewne, pełne frustracji monosylaby jakie wypowiadali nasi praprzodkowie na widok tygrysa szablozębnego. Pierwsze dwa poziomy frustrują, bo jeszcze nie wiemy jak tym idiotą sterować. W trzecim pojawiają się przepaście i już tutaj mamy szansę dostać nawiązujące do Metal Gear Solid osiągnięcie za dużą ilość zgonów, a potem dochodzą jeszcze ruchome obiekty, kolce i prądy powietrzne spychające naszego dzielnego frędzla w otchłań. Snake Pass jest trudne. Piekielnie trudne i frustrujące. Głównie z powodu bardzo specyficznej mechaniki poruszania się. Z tego samego powodu potrafi być satysfakcjonujące i wciągające. Ale to jest gra dla masochistów i jeśli nie jesteście jednym z takich graczy to prawie na pewno rzucicie ją w kąt po godzinie męczarni. Poziomy zaprojektowane są nieźle, ale trochę szkoda, że gra oferuje dość mało różnorodności i nie wprowadza zbyt wielu nowych mechanik przez te 6-7 godzin grania. Przez większość zabawy robimy to samo w coraz trudniejszych wariantach. Irytuje też kamera, którą teoretycznie w pełni kontrolujemy, ale ma ona tendencję do odwracania się w kierunku ruchu co potrafi zirytować kiedy nad przepaścią widok zaczyna pokazywać zbyt mało potrzebnych informacji, a my nie możemy zdjąć kciuka z przycisku odpowiedzialnego za podnoszenie głowy węża do góry, aby skorygować analogiem perspektywę z jakiej oglądamy akcję. Po ukończeniu całości odblokowujemy tzw. “snake vision” pozwalający widzieć ukryte znajdźki przez ściany i możemy spędzić przy graniu jeszcze kilka godzin, aby pozbierać wszystko. Ja nie miałem na to siły. Ale pomimo pewnej prostoty całości oraz irytującej kamery Snake Pass to interesujący, nieduży tytuł z oryginalną mechaniką rozgrywki, którym warto się zainteresować. Jeśli tylko jesteście gotowi dla tej gry pocierpieć i zrozumieć dlaczego węże nigdy nie miały zbyt ciepłego wizerunku. Cóż, udanych przygód w towarzystwie makarono-węża i jego ptasiego obiadu, ekhem, to znaczy kumpla. Game on! Warto jeszcze dodać, że taki wąż nie potrafi poruszać się do tyłu. W większości przypadków nie ma to znaczenia, ale znalazłem jedno miejsce w grze, w którym okazało się to sporym problemem. Hej, chyba się zaklinowałem. Halo, niech mnie ktoś uwolni. Jak tu się wrzuca wsteczny? Nie wiem jak się tu przecisnąć. Może powinienem się, hehe, zwężyć? Passskudna sssprawa. Chciałbym powiedzieć, że włażenie tutaj to był dobry pomysł, ale zaczynam mieć wążpliwości. Uch, dość tych sucharów, bo taki suchy to się nie prześlizgnę.

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *